
54 metry nad płytą krakowskiego rynku. Mała przytulna przestrzeń – kuchenka, lodówka, kanapa, zegar odmierzający upływ czasu i okno z widokiem na małe wieżyczki Bazyliki Mariackiej. To prawdopodobnie najwyżej położone miejsce pracy w zabytkowej części miasta. W takiej scenerii rozmawiam z Panem Janem Serglem o codzienności i pracy hejnalisty.
Ile schodów prowadzi na górę?
A nie liczyła Pani?
Nie
To możemy zrobić egzamin z liczenia, jak będzie Pani schodzić, nie zdradzam teraz.
Zdążyłam tylko zauważyć, że te stare schody na wieży są naprawdę piękne.
Wszystko jest w drewnie, więc sam urok takiego starego drewna też stwarza pewien klimat. Generalnie tutaj wystrój nie zmieniał się niemalże od wieków – my tylko w środku sobie malujemy, więc może tylko te kolory bywają różne…
Od dawna pracuje Pan jako hejnalista?
No, już minęło 12 lat.
A jak to się wszystko zaczęło?
W moim przypadku jest akurat tak, że wygrałem konkurs na hejnalistę, który ogłosiło Radio Kraków w 1998 roku.
Ilu Panów tutaj pracuje?
W tej chwili siedmiu. Chociaż mogłyby być jeszcze ze dwie osoby, wtedy byłyby pełne zmiany, a tak musimy się jakoś nawzajem uzupełniać.
Jest Pan zawodowym muzykiem czy granie na trąbce to Pana wielka pasja?
Ze mną jest trochę tak, że człowiek zaraził się tą muzyką, bo grałem w wojsku, w orkiestrze reprezentacyjnej Pomorskiego Okręgu Wojskowego, więc przez dwa lata praktycznie wciągnąłem się w granie i potem podjąłem się nauczania gry na instrumencie i prowadzenia orkiestry młodzieżowej. W ten sposób po trzech latach zrobiłem w Krakowie studium z dyrygentury i prowadzenia orkiestr i dwanaście lat temu był ten konkurs, więc spróbowałem i udało mi się wygrać – jest zatem dodatkowa satysfakcja, że trzeba się było o tę pracę postarać.
Zastanawiałam się właśnie nad tym, czy to jest zawód, który przechodzi z ojca na syna?
Akurat mamy tu taki przypadek – Kołtony mają już trzecie pokolenie. Był dziadek, ojciec i teraz jest syn, więc w ich przypadku jest to kontynuacja pokoleniowa. Natomiast w większości jesteśmy tu z różnych momentów, bo są też koledzy, którzy składali podanie o przyjęcie. Ja akurat jestem pierwszym hejnalistą, który stawał do konkursu. Ogromnie się cieszę, że dzięki temu mogę wykonywać tę pracę i robić to, co lubię.
Chciałam właśnie zapytać o to, czym jest dla Pana ta praca i na ile jest ona wyjątkowa?
Z pewnością jest wyjątkowa sama w sobie – generalnie można powiedzieć, że jest to zajęcie monotonne, ale tylko na pozór, bo w zasadzie ciągle coś innego się dzieje. Melodia, którą gramy z wieży jest ciągle ta sama, ale w momencie, gdy gramy na różnych ważnych uroczystościach, to każda taka uroczystość jest wyjątkowa.
To ogromny plus tej pracy – ostatnio byłem dziesięć dni w Szanghaju w Chinach z chórem, a wcześniej dziewięć dni w Lozannie w Szwajcarii – też z racji tego, że gram hejnał. To z jednej strony ogromna frajda i przyjemność, a z drugiej poczucie pewnej odpowiedzialności, bo trzeba pojechać i promować naszą kulturę, która też nie jest tak słabo dostrzegana, bo generalnie o Krakowie wiedzą prawie wszyscy – pewnie czasami więcej niż o Warszawie.
To, że możemy reprezentować kraj, region, czy Małopolskę jest też w pewnym sensie dodatkowo motywujące. Myślę, że każdy kto zna hejnał i słucha go, zwłaszcza poza granicami kraju, ma do niego pewien sentyment i to się widzi, że niejednemu łezka się w oku zakręci, więc to jest też szalenie istotne.
Czyli nie zamieniłby Pan swojej pracy na żadną inną?
Oczywiście, że nie, bo z jednej strony jest to jeden z najbardziej unikalnych zawodów, w zasadzie chyba nigdzie na świecie nie ma takich etatów. Z drugiej strony jest to symboliczne, że chyba żaden kraj nie ma takiego hejnału, który byłby codziennie transmitowany o godzinie 12, tak, żeby można go było usłyszeć wszędzie – nawet w Australii czy w najdalszych zakątkach świata.
(Słychać dźwięki zegara) Czy to jest ten zegar, który odmierza czas?
To jeden z kilku zegarów.
A taki główny?
Zegar główny jest zsynchronizowany z czasem bardzo dokładnym i Polskie Radio też nam podaje dokładny czas, więc nie ma obawy.
A czy zdarzyło się kiedyś, że hejnał się spóźnił?
To mogło się zdarzyć w takim sensie, że pewnie ktoś, kto ma zegarek, ma nie do końca ustawiony dokładny czas.
Jest taka anegdota (było to zdarzenie autentyczne), że tutaj na ulicy Szpitalnej pewien pan chciał zrobić eksperyment – nagrał na magnetofon hejnał, puścił go o godzinie pierwszej po południu i obserwował reakcje przechodniów. Patrzył, czy idąc słyszą hejnał i czy starają się do niego jakoś dostosować, więc niektóre osoby (podejrzewam, że to nie byli krakowianie, bo mieszkańcy Krakowa wiedzą, że dźwięki hejnału płyną z wieży co godzinę) po usłyszeniu sygnału z magnetofonu przestawiały zegarki na 12, co świadczy o tym, że automatycznie myślały, że tylko w południe jest grany hejnał. Tak jak niektórzy są przekonani, że grany jest on tylko w dzień, a w nocy nie, co wcale nie jest prawdą, bo my pracujemy na wieży całą dobę.
A jakie to jest uczucie patrzeć na Kraków z takiej perspektywy? Zawsze jest pewnie tak, że zatrzymują się ludzie, którzy słuchają.
Tak, ludzie patrzą, cieszą się jak się im pomacha z góry, bo dostrzegają, że się ich widzi i że się ich pozdrawia, chociaż wiadomo do końca, że trudno aż tak dokładnie rozpoznać kto tam na dole jest. Myślę, że byłoby to niemiłe, gdybyśmy zachowywali się jak taki aparat mechaniczny – gdybyśmy zagrali, chowali się i nie machali – taki gest pozdrowienia zawsze dodaje otuchy tym, którzy są na dole.
A powie mi Pan jak tu jest wysoko? Nie pytam oczywiście o schody, bo to sama sprawdzę…
Sama wieża ma 81 metrów, natomiast my jesteśmy na wysokości 54 metrów nad płytą Rynku Głównego oczywiście, więc jak na Kraków to dosyć wysoko, ale gdyby brać pod uwagę inne budynki, to nie jest to aż tak strasznie niebotyczne. Także czujemy się jak najbardziej mocno siedzący na ziemi, a nie gdzieś tam w chmurach… Na co dzień nie czujemy tej wysokości.
Na koniec schodzę w skupieniu na dół – już wiem, że na wieżę prowadzi 239 schodów.
Dziękuję Panu Janowi Serglowi za rozmowę i możliwość spojrzenia na Kraków z perspektywy wieży Bazyliki Mariackiej.
Anna Berestecka
Fot. Aleksandra Matyjasz


