Nieoczekiwane metamorfozy i zamiany ról: „leżaki, które trafiają na salony i parawany, które przyćmiewają rozbierających się za nimi”… To nie fragment manifestu spod znaku Bretona, a jedynie przedsmak tego, co kryje w sobie przestrzeń wyjątkowego sklepu przy ul. Zegadłowicza. Miejsca, które nieprzypadkowo nosi taką samą nazwę jak kawiarnia przy ulicy Estery i klub otwarty niedawno w sercu starego Podgórza, przy ul. Węgierskiej.
Wszystkie te punkty w topografii miasta zawdzięczają swoje istnienie trójce przyjaciół – Adze, Bartkowi i Przemkowi – ich kreatywności i fascynacji designem lat 60. i 70.
Skąd pomysł Miejsca? Czy pierwotnie myśleliście o jednym Miejscu, a potem w miarę rozwijania idei pojawiła się ta liczba mnoga?
Przemek: Zaczęło się od sklepu. Kończyliśmy studia, trzeba było wymyślić dla siebie jakiś sposób na życie, a to była rzecz, którą chcieliśmy robić już od dawna – odnawianie, przerabianie mebli. Jeszcze do tego doszła fascynacja estetyką lat 60. i 70.
Bartek: Cała idea jest taka, żeby sprzedawać meble z lat 70. ale nie w pierwotnej formie absolutnie wiernej oryginałowi.
Czyli nie renowacja, a rewolucja, o której piszecie na stronie?
B: Ewolucja, a w każdym razie przemiana mebli. Staramy się nadawać im jakiś indywidualny charakter. Sprzedajemy tylko pojedyncze rzeczy, nawet jeśli powtarza się model jakiegoś fotela, to nigdy nie zdarzyło się tak, żebyśmy obili go w identyczny materiał, więc jest pewna gwarancja niepowtarzalności.
Skąd bierzecie meble?
P: Zewsząd, absolutnie zewsząd – m. in. z targów staroci. Bardzo ciekawe rzeczy można znaleźć na terenach byłej Czechosłowacji – czasem jeździmy do Czech. Przywoziliśmy też coś z Berlina. Zwykle już od połowy wakacji jeździmy z bagażnikiem i nie tylko zawalonym meblami.
B: Choć trochę jest też tak, że po tych pięciu latach te meble znajdują nas same. Do sklepu przychodzą ludzie i mówią, że mają coś takiego. W Polsce nie ma jeszcze szacunku dla designu z lat 60.
P: Ale sam widzisz, że przez te pięć lat tak naprawdę bardzo wiele zmieniło się jeżeli chodzi o podejście do takich mebli.
Myślę, że zmienia się podejście młodszego pokolenia (pokolenie moich rodziców wciąż ma dystans do tego designu). Bardzo podoba mi się też to, że jak deklarujecie, spełniacie marzenia (macie nawet specjalną zakładkę na stronie – „Mam marzenie”).
B: Bardzo często przychodzi zamówienie na konkretny wzór i okazuje się, że to jest w magazynie albo że jesteśmy w stanie to zdobyć. Ta droga „Mam marzenie” – chcę mieć taki fotel, taką lampę - jest bardzo częsta.
Co sprawia, że sklep, który prowadzą to wyjątkowe miejsce? Co tworzy jego klimat poza zyskującymi nową tożsamość meblami-lokatorami z lat 60. i 70.? Oldskulowe gry planszowe, w które można pograć, płyty Karpat Magicznych, stare numery Ha!artu, ale nie tylko. W Miejsce wpisana jest także idea book crossingu – wymiany książek, które krążą w obiegu, przechodzą z rąk do rąk, stają się narzędziami swobodnej wymiany myśli.
Jaką drogę musieliście przebyć, żeby stworzyć drugie Miejsce?
P: Mniej więcej po trzech latach działalności sklepu z Agą wpadliśmy na pomysł, żeby otworzyć pierwszą kawiarnię.
B: Lokalizacja była podyktowana tym, jaki lokal udało nam się znaleźć, bo właściwie już wtedy myśleliśmy o Podgórzu.
Baru na ul. Estery nie trzeba pewnie nikomu przedstawiać – wpisał się już na stałe w pejzaż Kazimierza. Niepowtarzalna atmosfera i klimat sprawiają, że sprawdza się zarówno jako miejsce do pracy przy porannej kawie, jak i przestrzeń wieczornych spotkań.
Trudno jest prowadzić i rozwijać Miejsce w czasach kryzysu?
Aga: Jakiego kryzysu? (śmiech)
Bardzo dobre podejście.
P: Zawsze jest trochę ciężko.
B: Nie ma co ukrywać, że odkąd mamy knajpę i mamy sklep, pracujemy zawsze trochę inaczej, z poczuciem, że w pracy spędzamy większość czasu.
A: Tak, ale nie podchodzimy do tego, jak do pracy.
P: Nie do końca traktujemy to jak pracę, ale rzeczywiście - cały czas myślimy o tym, co można zrobić, poprawić…
Miejsca to naczynia połączone?
A: Nie da się tego wszystkiego oddzielić.
Jakie będzie, a właściwie już jest, nowe Miejsce? Czy będzie się ono różniło od kawiarni na ul. Estery?
P: Tu są śniadania na słodko i na słono, więc jest różnica w menu.
A: Codziennie będzie także domowe ciasto (pieczone przez Przemka i Bartka)!
B: Różnicę widać także w wystroju – nadal lata 60., ale troszeczkę bardziej uporządkowane, mniej chaosu kolorystycznego. Jest może trochę bardziej przestrzennie, choć metrażowo to podobna przestrzeń.
Każdy przedmiot ma oczywiście swoją historię – nad barem wiszą lampy wyciągnięte z… krakowskiego Sanepidu. Włożone w taki kontekst nabrały nowego blasku.
A jaka jest przeszłość tego miejsca?
B: Na Węgierskiej wcześniej była Galeria Sztuki Rowerowej. Jakieś parę lat temu był tu klub Oko – taki fotograficzny klub, jeden z pierwszych. Gdzieś tutaj zaczął się Miesiąc Fotografii w Krakowie.
Skoro udało wam się otworzyć knajpę na Podgórzu, to chyba spełniło się jakieś Wasze marzenie? Jakie macie plany na przyszłość?
P: Właśnie zrealizowaliśmy jeden. Z planem otwierania drugiej kawiarni nosiliśmy się ok. dwóch lat, jesteśmy dwa tygodnie po otwarciu i dopiero teraz powoli dochodzimy do siebie. Bardzo trudno uruchomić nowe miejsce, wszystko to musi zacząć funkcjonować, musi się wpędzić w ruch, więc nasze plany dotyczą teraz tego, gdzie spędzić wakacje.
B: Aktualny plan numer jeden to powiększenie powierzchni sklepu. Chcielibyśmy znaleźć w Krakowie taką przestrzeń, która na razie jest nie do znalezienia, lekko przemysłową… Marzy nam się większa powierzchnia.
Na razie nie planują dalszej ekspansji, ale śmiejąc się dodają, że „ten Pan ze znanego szwedzkiego supermarketu meblowego też zaczynał od jednego małego sklepu”.
B: Kiedyś obejrzymy się za siebie i zobaczymy, co się tam dzieje – 44 Miejsce…
Anna Berestecka
Dziękuję za rozmowę i poranną kawę w nowym Miejscu.
Fot. dzięki uprzejmości właścicieli.


