Spokojna pewność siebie

Ceremonie parzenia herbaty mają w sobie coś niezwykłego. Dalekowschodnie piękno, wysublimowane gesty, starannie dobrane utensylia. O chanoyu jako sposobie na życie, rozmawiam z Aleksandrą Görlich – autorką książki „Ichigo ichie”.

Kilka razy udało mi się uczestniczyć w pokazach organizowanych przez krakowskie Stowarzyszenie SENSHINKAI Chadou Urasenke Tankoukai. Urzekł mnie sposób, w jaki celebrowane były wszystkie czynności, choć nie rozumiałam do końca znaczenia wszystkich gestów.

Myślę, że nie można powiedzieć, iż brak możliwości zdekodowania znaczeń stanowi jakąś barierę, bo chodzi tu przede wszystkim o atmosferę, o przeżycie duchowo-estetyczne.
Rzeczywiście, zawsze wychodziłam z pawilonu herbacianego z wrażeniem uczestniczenia w czymś wyjątkowym i bardzo ważnym.

Oczywiście wszystkie użyte utensylia, sposób ozdobienia pawilonu, ukłon, który jest rodzajem podziękowania – wszystko to stanowi element jakiegoś kodu, którego można się nauczyć, ale docenienie tego z zewnątrz nie wymaga na szczęście jakichś specjalnych przygotowań. Dużo zależy od tego, czy gospodarz włoży serce w przygotowanie spotkania. Można zrobić coś doskonale, ale bez uczucia, a bywa, że ktoś się pomyli, coś upadnie, rozsypie się, ale widać, że się starał.


Myślę, że jestem najlepszym przykładem tego, że ta magia spotkania i poczucie wyjątkowości chwili przechodzi na drugą stronę.

I właśnie takie zdanie sprawia, że jest nam bardzo przyjemnie. Jako stowarzyszenie możemy oczywiście przygotowywać herbatę dla siebie, ale największą radość czerpiemy z tego, że możemy ją pokazać innym, żeby nasi goście też mogli tego doświadczyć.

Podczas tych spotkań rozmawia się poprzez język gestów, z których każdy ma swoje znaczenie, ale czy możliwa jest także rozmowa w naszym rozumieniu tego słowa – mam na myśli konwersację prowadzoną słowami?

Generalnie przyjmuje się, że tematy, które w jakikolwiek sposób są związane z naszą rolą społeczną czy życiem codziennym, są spoza kanonu. Nie można rozmawiać o polityce, o pracy, znajomych. Zawsze zestawiam to w ten sposób, że to co innego, niż gdy idziemy na herbatkę do cioci, czy do znajomych, gdzie zwykle oplotkowuje się wszystkich, wymienia się przepisami, opowiada o polityce i chorobach. Tutaj tego właśnie nie wolno. Za to można rozmawiać o wszystkim, co jest używane podczas ceremonii – o utensyliach, herbacie, o temacie spotkania, który jest bardzo często powiązany z przyrodą. W zasadzie nie ma swobodnych rozmów jako takich (czasem są to jakieś minimalne komunikaty) i ważne jest właśnie to, żeby wchodząc do pawilonu herbacianego zapomnieć o wszystkim co zewnętrzne. Wchodzimy tylko z tym, co mamy w sercu. Nie ma mowy o myśleniu o obowiązkach i o tym, co za chwilę – po wyjściu ze spotkania – będziemy musieli zrobić.

Pewnie dlatego to jest taka wyjątkowa chwila.

Tak, to jest taki moment, w którym można się kompletnie wyłączyć. Wtedy też tak naprawdę w jakiś magiczny sposób wszystko nam się zaczyna układać w głowie. To chwila, kiedy nie przyjmujemy kolejnych impulsów, kiedy pojawia się moment dystansu. Dzięki temu można wyjść dużo spokojniejszym.

Od czego zaczęła się Pani przygoda z herbatą? Gdzie był ten moment pierwszego zachwytu?

Zawsze powtarzam, że jestem ofiarą czaru naszej Pani Profesor Etsuko Yamaguchi. Byłam wtedy na pierwszym roku studiów, gdy zobaczyłam informację o warsztatach. Ceremonie herbaciane zawsze kojarzyły mi się w jakiś magiczny sposób. Pomyślałam, że to może być ciekawe. To były jeszcze te czasy, kiedy warsztaty Pani Profesor były zupełnie otwarte, w tej chwili są to zajęcia już tylko dla jej studentów, a z kolei my, jako stowarzyszenie, prowadzimy warsztaty dla początkujących uczniów. Wtedy miałam jeszcze to szczęście, że mogłam przyjść na zajęcia z ulicy i przez trzy dni po cztery godziny dziennie uczyłam się składać fukusę, czyli jedwabną tkaninę. No, może przesadzam, że tylko to, bo jeszcze uczyliśmy się chodzić po matach – wstawać, siadać (nie było oczywiście mowy o kimonach). Kiedy o tym opowiadam, wydaje się, że to najbardziej nudna rzecz na świecie, skoro ciągle wykonuje się te same czynności, a mimo wszystko wyszłam stamtąd z poczuciem, że chciałabym to robić dalej.

Ważne było także to, że wychodziłam z zajęć z wyjątkową energią i spokojem, dlatego też mogę powiedzieć, że to albo kogoś od razu zachwyci, albo będzie się nudził. To ciągłe powtarzanie, uczenie się czegoś bez tłumaczenia znaczeń. Najpierw uczymy się po japońsku, uparcie i wytrwale, w miarę, aż będziemy to umieli wykonać, a potem może nas „oświeci”. W tej chwili Pani Profesor już troszeczkę więcej nam mówi. Być może wynikało to trochę z tego, że kiedyś bariera językowa była znacznie większa – w tej chwili, gdy Pani Profesor mówi po japońsku, po prostu ją rozumiemy. Generalnie jest tak, że wielu rzeczy dowiadujemy się z praktyki, domyślamy się bardziej przez to, że ciągle wykonujemy jakieś czynności, staramy się domyślić, dlaczego to się robi tak, a nie inaczej. Chyba na tym polega też magia japońskiego, dalekowschodniego sposobu nauczania, że jeżeli ktoś będzie bardzo wytrwały, to w końcu dojdzie do tego, o co chodzi.


Tak naprawdę to jest coś, czego się można uczyć przez całe życie?

Tak. Ostatnio mieliśmy pokaz w Warszawie i zadano mi takie pytanie – jak długo uczy się takiego parzenia herbaty? Odpowiedziałam, że w zasadzie całe życie. Pani Profesor ma w tej chwili wysoki tytuł mistrzowski, a jednak nadal jeździ na nauki do swojego mistrza.


Stowarzyszenie SENSHINKAI Urasenke w Krakowie powstało z pierwszych uczniów Pani Profesor?

Tak, w zasadzie pierwsi uczniowie cały czas są w stowarzyszeniu. Ci, którzy byli najbardziej wytrwali stanowią jego trzon. Na polskim gruncie jesteśmy zaawansowanymi adeptami tej sztuki, choć z perspektywy Japonii są to oczywiście wczesne początki. Stowarzyszenie powstało dlatego, że mamy możliwość bycia filią japońskiej szkoły z oficjalnym nauczycielem i możliwością wyjeżdżania na stypendia do Japonii. Do tego najpierw trzeba było stworzyć jakąś strukturę organizacyjną, która mogłaby działać na danym terenie.

Czy w japońskich rodzinach na co dzień praktykowane są ceremonie parzenia herbaty?

To jest jeden z tych stereotypów: każdy Japończyk potrafi zaparzyć herbatę w specjalny sposób. Jeżeli jakaś rodzina jest związana z herbatą, to tak, natomiast zdarza się to bardzo rzadko.

Trudno jest się nauczyć chodzić w kimonie?

Nie, kimono narzuca sposób chodzenia. Można próbować biegać w kimonie, ale wystające kolana nie wyglądają najlepiej. W zasadzie cały pas obi jest jak gorset, co nie utrudnia w żaden sposób poruszania nogami, natomiast kimono może się rozsunąć, więc duże kroki są wykluczone. Choć oczywiście bardzo śmiesznie wygląda, gdy gdzieś biegniemy, drobiąc kroczki. Poza tym zori (klapki) też są specyficzne, więc strasznie szybko nie da się w nich chodzić. W kimonie nie sposób też siedzieć na krześle, bo cały czas ma się sztywne plecy, natomiast świetnie siedzi się na matach. Zawsze ma się prosty kręgosłup.

A ma Pani jakiś swoich mistrzów, poza Panią Profesor oczywiście?

Jeżeli miałaby mówić o kimś innym, oprócz mojej nauczycielki – pani Yamaguchi, to mogę powiedzieć o Daisosho (SEN Soshitsu XV) –  poprzedniej głowie rodu Urasenke (w tej chwili jego syn przejął rolę zwierzchnika rodu).

To wielki mistrz i faktycznie w tym, w jaki sposób przygotowuje herbatę, jest ogromny duch. Z każdego jego gestu emanuje z jednej strony pewność siebie, a z drugiej absolutna pokora – tego można jedynie próbować się uczyć. To, w jaki sposób wykonuje on wszystkie ruchy, w jaki sposób miesza herbatę… Jest w tym olbrzymia doza zadumy, a mimo wszystko jesteśmy świadomi tego, że on jest w tym miejscu, że nie odpływa myślami, bo przecież robi tę herbatę. Możliwość picia napoju przygotowanego takimi rękami to coś pięknego. Był to dla mnie naprawdę wielki zaszczyt, że mogłam na niego patrzeć, spotkać go osobiście. To człowiek, który emanuje wewnętrznym spokojem, taką spokojną pewnością siebie – a do tego właśnie mamy dążyć przez wszystkie zasady chado (Drogi Herbaty). Widać, że to jest człowiek, który całe życie spędził z herbatą i podążając Drogą Herbaty.


Czy ktoś, kto praktykuje przez tyle lat Drogę Herbaty, może potem zwyczajnie wypić filiżankę tego napoju?

To zależy tak naprawdę od charakteru spotkania, bo parzenie i picie matchi [sproszkowana zielona herbata używana podczas ceremonii] przebiega w specjalnej atmosferze, wtedy wszystko jest takie – może to nie najlepsze słowo, ale – takie nabożne, szczególne w nastroju. Natomiast gdy spotykamy się na innym gruncie, nie mam problemu z tym, żeby popijać herbatę w trakcie rozmowy.


Ichigo ichie w tłumaczeniu oznacza „jedyne takie spotkanie”. Chodziło mi o to, czy każde spotkanie przy herbacie traktuje się wyjątkowo?

To zależy od osoby, ale znajomi zawsze w towarzystwie zwracają mi uwagę: „Ola, ty jesteś ta od herbaty, to ty ładnie nalej”, a poza tym faktycznie, jeżeli mam czarkę w ręce, to automatycznie moje ruchy są trochę bardziej łagodne. Sięgam po naczynia z dużo większą delikatnością, niż wtedy, gdy  mam chwycić w biegu kubek. To chyba zostaje.


Na koniec chciałabym zapytać o to, co jest dla Pani najcenniejsze?

Spokój. Jeżeli przygotowuję herbatę (a bywa tak, że do Muzeum Manggha przyjeżdżają grupy, które w ramach programu edukacyjnego mają pokaz parzenia herbaty), to też daje się uzyskać przez chwilę taki specjalny nastrój. Nikt nic nie mówi, wszyscy patrzą na te dziwne gesty i pomimo, że siedzi wokół mnie trzydzieścioro rozhukanych szalejących dzieci, to jestem się w stanie wyciszyć, uspokoić i to jest taki wyjątkowy moment w całym pełnym zabiegania dniu pracy. Gdybym tego nie czuła już na pierwszych warsztatach, to prawdopodobnie nigdy nie próbowałabym tutaj mówić o herbacie ani się tym zajmować. Herbata pozwala mi się wyciszyć, uspokoić i to jest właśnie najbardziej czarowne.

Dziękuję Pani Aleksandrze Görlich za rozmowę i udostępnienie zdjęć.
Anna Berestecka

Wszystkich zainteresowanych tajemnicami chanoyu zapraszamy do Muzeum Manggha na cykl wykładów „Herbaciane spotkania w bambusowym gaju”, które prowadzą członkowie krakowskiego Stowarzyszenia SENSHINKAI Chadou Urasenke Tankoukai.

artykuł z dn. 2010-02-23

Reklamy i ogłoszenia publikowane na stronie wkrakowie.pl nie stanowią oferty w rozumieniu przepisów Kodeksu Cywilnego. FRISCOM s.c. nie odpowiada za treść reklam i ogłoszeń publikowanych na stronie.